Ważna informacja News: Podróż do Japonii cz. II Przylot i nasz ...

Polecamy

ostatnie newsy

Podróż do Japonii cz. II ″Przylot i nasz przewodnik po Tokio″


- Podróż do Japonii cz. I "Przygotowania do wyjazdu" || Podróż do Japonii cz. III (wkrótce) +


Jak już pisałem ostatnio, tym razem skupię się na samej relacji z podróży po Japonii. Wcześniejszy post był dosyć przydługi, niestety ten będzie zapewne jeszcze dłuższy, ale mam nadzieję sporo ciekawszy. Poniżej przedstawiamy nasz ogólny plan wycieczki jaki odbyliśmy w ciągu 7 dni pobytu w stolicy Japonii. Pamiętajmy, że samo Tokio, wraz z miastami sąsiadującymi jest największą aglomeracją świata, liczącą według różnych szacunków od 33 do 37,9 mln osób [1], i tysiącami różnych zabytków i atrakcji, także nie sposób opisać każdej z nich osobno. Dlatego też, w tekście skupiliśmy się tylko na najciekawszych i najbardziej rozpoznawalnych miejscach jakie udało nam się odwiedzić. Nie przedłużając zaczynamy część drugą - przylot i nasz "przewodnik" po Tokio.


DZIEŃ 0+1


Wylot na szczęście odbywał się o normalnych godzinach, a mianowicie o 15:20, także zdążyliśmy się wyspać. Sam lot przebiegł bardzo sprawnie i minął bardzo szybko, pomimo ~11 godzin spędzonych w fotelu. Szczęśliwym trafem w Dreamlinerze Boing 787-8, mieliśmy jako jedyni, całą „trójkę” tylko dla siebie, także mogliśmy nawet wyciągnąć sobie nogi. Zadziwiła nas duża dostępność filmów w odtwarzaczach - mieliśmy tam przekrój kina japońskiego, chińskiego, polskiego i kilka nowości z Hollywood. Jeżeli chodzi o jedzenie, to było smaczne. Posiłki składały się z dwóch obiadów, dwóch drobnych poczęstunków oraz z nielimitowanych napojów. Obiady wyglądały tak jak poniżej z dwiema opcjami do wyboru.


Do Narity w Japonii dolecieliśmy bez żadnych komplikacji o godzinie 8:45 czasu japońskiego. Po odebraniu bagażu udaliśmy się do bramek, gdzie czekało nas sprawdzenie paszportów, skanowanie siatkówki(!!!), szybka rozmowa z celnikiem oraz oddanie landing cards, o których wspominałem już we wcześniejszym wpisie. Wszystkie procedury przebiegły bardzo sprawnie i po chwili byliśmy w drodze do biura JR, gdzie mieliśmy odebrać JR Passy uprawniające nas do korzystania z pociągów linii JR. Niestety tutaj trzeba było odstać swoje i wypełnić formularze ze swoimi danymi. Po otrzymaniu JR Passów, lekko zagubieni poszliśmy na pociąg do Tokio. Na szczęście dzięki dobrym oznaczeniom w języku angielskim i lekkiej pomocy przechodniów w miarę szybko dotarliśmy do hotelu niedaleko centrum Tokio, przy stacji "Nihonbashi".

Jedną z bliższych atrakcji niedaleko hotelu, była stacja Shibuya i słynny pies Hachikō, który czekał na swojego zmarłego pana na stacji kolejowej przez 10 lat (polecamy film „Mój przyjaciel Hachiko” z Richardem Gerem). Następnie pochodziliśmy trochę w okolicach słynnego i najbardziej zatłoczonego skrzyżowania na świecie - Shibuya Cross, gdzie przecina się ze sobą kilka ulic, a ludzie chodzą w każdą możliwą stronę. Przyznam, że wygląda to zdumiewająco szczególnie w godzinach powrotów z pracy i z większej wysokości. Tutaj polecamy kawę z matcha ze Starbucks’a usytuowanego na drugim piętrze z widokiem na panoramę stacji Shibuya.


Po wizytacji kilku pomniejszych uliczek pojechaliśmy zwiedzić położoną niedaleko dzielnicę Ryugoku, gdzie spotkaliśmy kilku zawodników sumo, którzy byli obdarzani wielkim szacunkiem przechodniów. Następnie pojechaliśmy na "darmową" panoramę miasta rozciągającą się z wieży telewizyjnej – Tokyo TV Tower.


Niestety okazało się, że kolejka jest zbyt duża, a ponadto wjazd jest płatny 1000 yenów za osobę. Na szczęście kilkanaście przystanków dalej znaleźliśmy inny darmowy taras widokowy (Government Building), skąd podziwialiśmy panoramę Tokio z okolic 202 metrów (zdjęcia długo się naświetlały, a odbicie od brudnej szyby niestety rozmazywało nam każde zdjęcie, stąd załączam tylko zdjęcie poglądowe).


Tutaj zdziwił nas problem bezdomności w Japonii, który jak w każdym nawet zaawansowanym mieście występuje w mniejszym lub większym stopniu, ale jakoś nie spodziewałem się go w Japonii. Poniżej możecie zobaczyć ile prowizorycznych schronień powstaje w każdym możliwym miejscu. Przytłaczające było to, że "schronienia" te, znajdywały się niedaleko jednego z wcześniej wspomnianych budynków rządowych i były zupełnie nie zauważane przez przechodniów i urzędników.


Niestety był to dosyć wyczerpujący dzień, gdyż chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, a topografia miasta nie była dla nas jeszcze dosyć przejrzysta, stąd mieliśmy spore opóźnienia i kilka razy się pogubiliśmy. Na szczęście w kolejnych dniach zwiedzaliśmy szybciej, więcej i sprawniej.


DZIEŃ 2


Po szybkim odespaniu różnicy czasowej, która w tą stronę nie była dla nas tak uciążliwa, przyszedł czas na konkretne zwiedzanie Tokio i jego głównych atrakcji. Naszym pierwszym przystankiem dnia była dzielnica Asakusa i widok na... "Złotą kupę", czyli słynną siedzibę browaru Asahi (na drugim planie zdjęcia widać Tokyo Skytree – największy budynek w Tokio i drugi na świecie). Trzeba przyznać, że Japończycy mają specyficzny gust architektoniczny.


Następnie ruszyliśmy w stronę świątyni Sensoji zwaną również Asakusa Kannon, która jest największą i jedną z najstarszych świątyń w Tokio (VII w. n.e.). Po przejściu bramy zewnętrznej o wdzięcznej nazwie "Bramy Pioruna" naszym oczom ukazała się wąska uliczka – "Nakamise-dori" pełna straganów, w których można było kupić dosłownie wszystko, począwszy od lokalnych słodyczy i regionalnych potraw, do dewocjonaliów i pamiątek typu magnesy na lodówkę.


Główny budynek w tym kompleksie świątynnym nie był dla nas szczególnie interesujący, chociaż zwiedzanie pierwszej w życiu świątynia japońskiej zrobiło na nas niemałe wrażenie. Jednakże bardziej od zwiedzania świątyni zainteresowały nas zwyczaje Japończyków związane z wróżbami i okadzeniami, dlatego niewiele myśląc kupiliśmy sobie wróżbę za 100 yenów. Na nasze szczęście w losowaniu udało nam się trafić szczęśliwą wróżbę, którą przywiązaliśmy do specjalnych sznurków znajdujących się przy świątyni, gdzie codziennie są palone przez miejscowych mnichów, aby umocnić nasz szczęśliwy los. Jeżeli myślicie, że z pechowymi wróżbami robi się co innego, to jesteście w błędzie. Złą wróżbę również przywiązujemy do linek, tak aby zostawić zły los i pech za nami. Co kraj to obyczaj ;)


Naszą uwagę przyciągnął również ogromny sandał ze słomy zawieszony na jednej ze ścian bramy wejściowej do świątyni. Według wierzeń jest on palony, gdy zrobi się czarny od złych myśli przechodzących pielgrzymów, a następnie jest zastępowany nową wersją z czystej słomy.

Kolejną atrakcją było wejście do muzeum Narodowego w Tokyo. Było to jedyne muzeum, które zwiedziliśmy w kraju kwitnącej wiśni, ale pokazało nam cały przekrój historyczny i kulturowy Japonii. Dla pasjonatów historii wartym zapamiętania jest fakt, że w okolicy muzeum narodowego znajdziemy kilka pomniejszych muzeów, o różnorodnej tematyce.

Jak to bywa w muzeach narodowych wszędzie były tłumaczenia na język angielski oraz przewodniki w wersji papierowej, także wszystko można było zrozumieć bez wynajmowania przewodnika. Bilet wstępu dla osoby dorosłej kosztował około 600 yenów, a na pełne zwiedzanie muzeum trzeba poświęcić około 2-3 godzin. Ogólnie takie zwiedzanie polecamy każdej osobie, która jest zafascynowana kulturą Japonii, chociaż w niewielkim stopniu. Poniżej kilka przykładowych eksponatów, w tym według mnie najbardziej interesujące zbroje samurajów i słynne drzeworyty.




Po wyjściu z muzeów polecamy zajść do dużego kompleksu parkowego po drugiej stronie ulicy. Organizowane tam są różne eventy, koncerty, a jeżeli będziecie mieć trochę szczęścia może uda wam się zakolegować z jakimiś studentami.

Jak wiadomo każdy podróżnik zawsze próbuje jakichś lokalnych specjałów i u nas nie było inaczej po długim zwiedzaniu muzeum. Na pierwszy ogień padł... McDonald i... kanapka z kurczakiem teriyaki, (dostępna tylko w Japonii) wraz z kukurydzą i napojem o smaku zielonej herbaty.


Wieczór został wymuszony na żonie i należał całkowicie do mnie i Akihabary, czyli mekki wszystkich fanów mang, anime, gier komputerowych, sprzętu elektronicznego oraz wszystkich pochodnych wyżej wymienionych. Zwiedzanie Akihabary, w głównej mierze polegało na wchodzeniu do niezliczonych salonów gier, w których można było, albo ogłuchnąć od tysięcy wyjących maszyn i podekscytowanych Japończyków, wygrać różne nagrody w grach typu wrzuć 100 yenów i wyciągnij pluszaka/telefon/grę, albo zagrać w tysiące gier komputerowych z całego świata. Nie obyło się również bez wejścia do restauracji typu Maido Kissa/Maid Cafe, gdzie obsługują Was przesłodzone kelnerki w strojach z anime lub w strojach pokojówek, zabawiające Was rozmową, dziwnymi zadaniami do wykonania i ciekawymi drinkami oraz do słynnego ośmiopiętrowego sexshopu.


Dla fanów anime i mangi polecamy wejście do sklepu Tokyo Anime Center, w którym znajdziecie wszystkie gadżety z Waszych ulubionych komiksów i seriali.


Ogólnie rzecz biorąc, pomimo dwóch wizyt i 3-4 godzin spędzonych w Akihabarze człowiek czuje niedosyt, ponieważ ilość klubów i atrakcji do odwiedzenia jest tak duża, że nie sposób odwiedzić nawet 5% w tak krótkim czasie... Może za kilka lat uda mi się spędzić tam więcej czasu :D

Końcówka dnia zakończyła się wizytą w lokalnej restauracji w Shōben Yokochō (dosł. "aleji moczu"), w której spróbowaliśmy kilku dziwnych (!!!) dań, w tym tatara z... konia i kurzych podrobów: serc, (chyba śledziony) i skórek.

Odstraszająca nazwa miejsca pochodzi z czasów, gdy w okolicy nie było toalet i bawiący się mężczyźni oddawali mocz w widocznych miejscach alejki. Nie wiem, czy była to magia miejsca i położenia w wąskiej uliczce, czy tak dobre przyrządzenie potraw, ale smakowało nam dosłownie wszystko! Będąc w obcym kraju zawsze staramy się próbować lokalnych potraw i wszystkiego co dziwne w danym regionie. Zawsze uważałem, że przez próbowanie kuchni daną kulturę można poznać jeszcze pełniej niż przez samo zwiedzanie.




W drodze powrotnej mimo późnej pory odwiedziliśmy jeszcze most Harajuku przy którym często w weekendy zbierają się cosplayerzy. Niestety dla nas, nie zastaliśmy już tam żywej duszy, także musieliśmy obejść się smakiem, a szkoda bo warto by było zobaczyć cosplayerów w kraju mangi i anime.



DZIEŃ 3


Kolejny dzień zaczął się od półtora godzinnej podróży linią JR, wyprowadzającą nas poza Tokio, a dokładniej do Nikko, gdzie zwiedziliśmy kompleks świątynny oraz mauzoleum szoguna Tokugawy Ieyasu (pierwszego szoguna z rodu Tokugawa) położonych na terenie rozległego parku narodowego.

Choć sam kompleks świątynny wraz z przyległymi lasami jest pokaźnych rozmiarów, to wszystkie główne atrakcje położone są od siebie w dość bliskiej odległości, około 10 minut spokojnego marszu.

Podróż lesistymi ścieżkami zaczyna się od mostu Shinkyo wznoszącym się nad rzeką Daiya. Sam most jest jednym z najpiękniejszych w Japonii, a jego wymiary, to 24 metry długości i ponad 7 metrów szerokości, co jak na tak stary i drewniany most robi duże wrażenie.


Następnie wolnym krokiem, lekko pod górę dochodzimy do kompleksu świątynnego. Na uwagę zasługują tu takie budowle jak pięcio kondygnacyjna pagoda, liczne bramy oraz główny pawilon Haiden, w którym można oddać cześć Tokugawie.




W samym kompleksie odnajdziemy wiele odniesień i płaskorzeźb przedstawiających mityczne stworzenia lub zwierzęta. I tak zobaczymy tu chociażby sławne trzy mądre małpki (Kikazaru, Mizaru i Iwazaru) przedstawiające buddyjską mądrość „Nie widź złego, nie słysz złego, nie mów złego”, a także płaskorzeźbę śpiącego kota, który w czasie snu zwiastuje pokój na ziemi, także lepiej go nie budzić ... Wartą odwiedzenia jest również świątynia Honjido, w której usłyszeć można ryk smoka wymalowanego na suficie. Efekt ten jest osiągany poprzez uderzenie dwóch szczapek drewna bezpośrednio pod paszczą smoka. Osobiście dźwięk ten bardziej przypominał mi szum rzeki, ale każdy interpretuje to inaczej.






Trudno opisać każdą świątynie, tak aby nie zanudzić ludzi, także wstawię tu tylko kilka zdjęć z całego kompleksu.

Na cały kompleks warto przeznaczyć około 4 godzin spokojnego zwiedzania. Zachęcam również do wstąpienia do Muzeum Skarbów Toshogu, gdzie można zobaczyć eksponaty związane z Tokugawą Ieyasu oraz świątynię Rinno-ji w której zobaczyć można słynny pawilon Trzech Buddów. Wejściówki kształtują się w granicach od 100 do 300 jenów za osobę. My z powodu braku czasu odpuściliśmy sobie jedynie zwiedzanie pawilonu Trzech Buddów.

Mimo późnej pory powrotu do Tokio, udało nam się również dostać na Odaibe, czyli sztuczną wyspę wydartą morzu i w całości zabudowaną przez wielkie wieżowce i wszechobecny beton. Znajdują się tu liczne restauracje i kluby rozrywki, natomiast naszym celem był wielki diabelski młyn Daikanransha oraz jedna z licznych restauracji sushi z dostawą do stolika za pomocą kolejki.





DZIEŃ 4


Mieliśmy wielki apetyt na zwiedzenie słynnego targu rybnego Tsukiji, który jest największym targiem rybnym na świecie. Niestety na słynne licytacje tuńczyków trzeba umawiać się kilka dni wcześniej i dojechać na targ około 4 rano, także my zwiedziliśmy cały targ o normalnej godzinie. Jak sama nazwa wskazuje znajdziecie tu wszystko co można wyłowić z morza i co najlepsze zjecie to na miejscu w wielu pobliskich restauracjach i ulicznych straganach.




Kolejnym przystankiem była Kamakura, czyli siedziba pierwszego szoguna. W mieście tym znajdziemy wiele świątyń, ogrodów i kompleksów mieszkalnych. Jednak naszym głównym celem było wejście do środka Wielkiego Buddy z Kamakury w świątyni Kotoku-in.




Odlany z brązu posąg Buddy mierzący ponad 11 metrów jest pusty w środku, dlatego też za dodatkową opłatą 20 yenów można do niego wejść i zwiedzić jakieś 10-15 metrów kwadratowych ciemnego i dusznego wnętrza Buddy.

Na terenie miasta odwiedziliśmy też świątynie Hase-dera poświęconą bogini miłosierdzia - Kanon, w której spotkać można wiele małych figurek bóstwa Jizo – opiekuna dzieci żywych jak i umarłych. Popularnym zwyczajem jest również stawianie małych figurek bóstwa. Niestety za każdą figurką kryje się osobna tragedia jakiegoś rodzica po stracie dziecka:




Jako, że jesteśmy dosyć łasi na pieniądze nie mogliśmy ominąć punktu, w którym według wierzeń Japończyków po zamoczeniu pieniędzy w ukrytym źródle na terenie światyni Zeniarai Benten Shrine, zostaną one podwojone i nie zabraknie ich w waszym portfelu do końca życia. Sama świątynia rzadko jest opisywana w przewodnikach, a szkoda, bo posiada swój wyjątkowy klimat, który potęgują otaczające ją góry, cisza oraz wejście wydrążone w skale. Natomiast znajduje się ona 20 minut spacerem od posągu Buddy.


Jeżeli macie trochę więcej czasu, to zachęcamy do odwiedzenia popularnych wśród tokijczyków pięknych plaż Kamakury, leżących tuż nad Oceanem Spokojnym. Jednakże my plaże odwiedziliśmy w późniejszym terminie i innej lokalizacji. Na miejscu jednak zjedliśmy kilkanaście kulek dango (mączne kulki o różnych smakach na patyku), które niezwykle nam zasmakowały i wypełniły nam brzuchy, aż do powrotu do Jokohamy i największej w Japonii chińskiej dzielnicy, gdzie poszliśmy na szybkie zwiedzanie i pyszne jedzenie w postaci pierożków o wielu smakach.





DZIEŃ PIĄTY


Góra Fudżi - jedno z naszych marzeń i "must see" wyjazdu. Niestety jak to bywa z planami zależnymi od pogody i jej kaprysów, nie zawsze nam one wychodzą. Bezchmurny dzień nie zanosił sporej niespodzianki w postaci dużego zachmurzenia w godzinach około południowych. Podróż do miejscowości Fujikawaguchiko (alternatywa dla dłuższego w zwiedzaniu Hakone) trwała stosunkowo długo bo około 2-2,5 godzin. Po dotarciu do celu przeszliśmy się na przystań skąd odpływały statki widokowe, kursujące po jeziorze Kawaguchi. Koszt biletu dla jednej osoby wynosił około 500 yenów i jak to bywa w Japonii rejsy są bardzo regularne i punktualne (trwają ok. 30 minut). Przed wejściem na łódź można sprawdzić aktualne stopnie zachmurzenia Fudżi i prognozowaną widoczność szczytu. My mając 50% postanowiliśmy spróbować, niestety bez powodzenia, co widać na załączonych obrazkach. Szczęśliwie dla nas w drodze powrotnej z Kyoto mieliśmy trochę farta i z okien pociągu widzieliśmy charakterystyczny kształt Fudżi.


W samym rejonie Fujikawaguchiko istnieje kilka punktów widokowych usytuowanych na pobliskich wzgórzach, z których roztacza się cudowna panorama na Fudżi. Dla nas wspinaczka i kolejne rozczarowanie nie miało sensu, z powodu utrzymującego się dużego zachmurzenia. Także my ruszyliśmy w drogę powrotną do Tokio i jego starego centrum.


Koniec dnia minął nam na zwiedzaniu okolic pałacu cesarskiego i ścisłego centrum miasta nocą, gdzie odwiedziliśmy kilka pubów :)

Tym samym nasza krótsza część wyjazdu dobiegła końca i w ciągu kolejnego dnia ruszyliśmy w stronę ciekawszego i o wiele starszego Kyoto, czyli dawnej stolicy Japonii.
Artykuł autorstwa Marek "Morex" Mostowski.
Adnotacje - Newgeography.com (dostęp 11.07.2017).
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.
Linki sponsorowane: Kosmiczni.pl | Epic Kingdoms | Shinobi World | Comper Games
Polecamy